piątek, 22 października, 2021

Na Zachodzie po staremu?

Przeczytaj koniecznie

Minione tygodnie były bardzo intensywne dla współpracy transatlantyckiej, gdyż odbyły się jeden po drugim szczyty G7, NATO i USA-UE. Prezydent Biden jako jeden z głównych celów polityki zagranicznej USA wyznaczył powrót do „starych dobrych czasów” oznaczających silny blok państw demokratycznych z Ameryką jako ich liderem. Czy jednak po latach przemian na świecie i okresie administracji Trumpa jest możliwy taki powrót do przeszłości?

Joe Biden wyraźnie stara się pokazać posiadane pokłady energii i aktywnie działa w trakcie kilku pierwszych miesięcy swojej prezydentury. Czerwiec zaowocował w kumulację wydarzeń, które wypełniono gwarancjami ze strony Waszyngtonu, że teraz po wygranej Bidena w wyborach prezydenckich wszystko będzie po staremu, jak przed budzącymi kontrowersje na arenie międzynarodowej rządami Trumpa. Kilka lat niepewności co do postawy Amerykanów wobec sojuszników wymusiło takie kroki ze strony administracji nowego prezydenta. Czujny obserwator mógł jednak zauważyć, że niekoniecznie pozostali aktorzy świata zachodniego są tak samo chętni do powrotu amerykańskiego przewodnictwa w starym wydaniu, jak sam odtwórca głównej roli.

Globalna siódemka

Jako pierwszy w dniach 11-13 czerwca odbył się szczyt G7 w Kornwalii, z którego do opinii publicznej dotarły symboliczne zdjęcia skupionych razem w pozytywnej atmosferze liderów tej grupy mocarstw. Wypracowano zgodne stanowiska w kwestii konieczności odbudowy świata po pandemii, a nawet padły duże obietnice – mocarstwa zobowiązały się do przekazania do końca 2022 roku krajom rozwijającym się ponad miliarda dawek szczepionki przeciw COVID-19. Pojawiają się opinie, że to stanowczo za mało względem potrzeb, ale niewykluczone, że za tym zobowiązaniem pójdą w nadchodzącym czasie kolejne. Wyrażono też wolę pracowania nad nowymi rozwiązaniami i współpracą, która miałaby w przyszłości zapobiec kolejnym pandemiom, a przynajmniej ich skali bolesnej dla społeczeństw i gospodarek – wolę tę wyraziły m.in. deklaracja zdrowotna i podjęcie dalszych prac ze społecznością międzynarodową nad „traktatem antypandemicznym”. Pojawiła się także kwestia postulatu Amerykanów, aby ustanowić globalny minimalny CIT na poziomie 15% – otrzymał on poparcie wszystkich członków G7 i będzie dalej opracowywany w ramach OECD i globalnej debaty. Podjęto też kroki w celu reformy WTO, aby znacznie skuteczniej realizowała ona w przyszłości swoją rolę negocjacyjną i rozwiązywania sporów, co zawiodło w ostatnich kilku latach paraliżu tej organizacji. Kolejnym dominującym tematem szczytu były zmiany klimatu – wszyscy liderzy obecnych tam mocarstw zadeklarowali obniżenie do zera emisji netto CO2 najpóźniej do 2050 roku, a poza tym potwierdzono rolę porozumienia paryskiego, do którego Stany Zjednoczone powróciły już w pierwszym dniu prezydentury Bidena. Pojawiły się także wątki Chin czy Rosji, które to państwa zostały skrytykowane za łamanie praw człowieka i swoich zobowiązań międzynarodowych, co oznacza wyraźne podkreślenie jedności obozu demokratycznego przeciw działaniom Moskwy i Pekinu.

Transatlantyk płynie na Pacyfik?

W mocne tony antychińskie uderzono też właściwie po raz pierwszy na szczycie NATO 14 czerwca w Brukseli. Państwa Sojuszu, wtórując za Stanami Zjednoczonymi, zaczynają wyraźnie artykułować Chińską Republikę Ludową już nie jako neutralnego aktora globalnej sceny politycznej, ale jedno z wyzwań i potencjalnych zagrożeń dla sojuszu państw demokratycznych. Ekspansja chińskich wpływów w Afryce, ale też w Europie, wymusiła ten bieg rzeczy, spychając jednocześnie do nieco drugorzędnej roli Rosję. Amerykanie wyrazili jednoznacznie podtrzymanie sojuszniczych gwarancji i zapewnienie bezpieczeństwa Europie Środkowo-Wschodniej, otwarcie deklarując też gotowość do przyjęcia Ukrainy w rama struktur NATO, jeśli podejmie ona wszystkie konieczne reformy wewnętrzne. Jednocześnie dwa dni później miało mieć miejsce spotkanie Bidena z Putinem w Genewie, a więc przyjęte wcześniej stanowiska miały wzmocnić pozycję Ameryki i Zachodu w tych rozmowach. 

Szczyt NATO, oprócz oczywistej zmiany w amerykańskiej retoryce po niechętnym do wszelkich form współpracy multilateralnej prezydencie Trumpie, pokazał jak szybko przesuwają się akcenty polityki Waszyngtonu co do głównych zagrożeń. Mimo spięć prezydenta USA z przywódcą Rosji, to Chiny zostały wyartykułowane jako nowe i rosnące zagrożenie. Jednocześnie wielu komentatorów twierdzi nie bez racji, iż Stany Zjednoczone będą starać się utrzymać choćby neutralną przychylność Moskwy w rywalizacji Zachodu z Chinami, stąd próby stabilizacji stosunków Białego Domu z Kremlem. Przebieg rozmów Putina z Bidenem i to, co się z nich przedostało do opinii publicznej, rozwiał jednak na razie ewentualne obawy państw Europy Środkowej, że nowy prezydent USA szykuje kolejny reset z Rosją. Chiny jako gospodarka de facto większa już od amerykańskiej i coraz aktywniejszy aktor globalnej sceny politycznej, skupiają na sobie coraz więcej uwagi i niepokoju elit w Waszyngtonie, ale też sojuszników z Europy i zachodnich społeczeństw. 

Dzień później 15 czerwca, jakby w ramach finiszu tego zachodniego maratonu Bidena, odbył się wspólny szczyt Unii Europejskiej z USA. Postanowiono o odnowieniu partnerstwa między tą dwójką, a także zainicjowano nową współpracę handlową, ustanawiając m.in. Radę UE-USA ds. Handlu i Technologii i zobowiązując się do rozwiązania trwających sporów handlowych między Europą a Ameryką. Powtórzono także deklaracje ze szczytu G7 dotyczące odbudowy po pandemii i walki ze zmianami klimatu, podnosząc też kwestię potrzeby reformy WHO. Ten, trzeci z kolei, szczyt przypieczętował właściwie przesłanie i wydźwięk wcześniejszych dwóch, demonstrując jedność Zachodu w obliczu nowych wyzwań i wobec rywali takich jak Chiny czy Rosja.

Tak samo, ale jednak inaczej

Ta demonstracja powrotu relacji Europy, innych demokracji sojuszniczych i Stanów Zjednoczonych do starej przyjaźni na pierwszy rzut oka wydaje się być cofnięciem czasu do status quo sprzed 2016 roku. Część obserwatorów twierdzi nawet, że mocna amerykańska retoryka o USA jako liderze wolnego świata odpowiedzialnym za jego losy cofa się wręcz przed prezydenta Obamę, do czasu „pełnej” amerykańskiej dominacji lat 90., tuż po upadku Związku Radzieckiego. Świat jednak zmienił się po 2016 roku, a tym bardziej od końca XX wieku. Po stronie partnerów z Europy, Japonii i Kanady, a także nowych sojuszników amerykańskich jak Indie, widać jednak sygnały, że nie ma już powrotu do relacji opartych o zasadę „pełnego pierwszeństwa Ameryki”. Inne mocarstwa oczekują partnerskich relacji na równych zasadach, a sam Waszyngton raczej utracił przez ostatnie lata narzędzia do jednostronnego kształtowania swojej pozycji i musi coraz bardziej uwględniać argumenty podnoszone przez demokratycznych przyjaciół. Także obszar obronności jest podnoszony coraz częściej w państwach zachodnich jako coś, o co sojusznicy Ameryki powinni zadbać sami, bez polegania tak mocno jedynie na amerykańskich gwarancjach. 

Mimo tej kroczącej zmiany w balansie decyzyjnym USA-sojusznicy, jedno wydaje się być oczywiste po tournée Bidena po Europie – zachodnie demokracje znowu pokazują jednolite stanowisko i są gotowe do stawienia czoła państwom, które nie podzielają wartości takich jak rządy prawa, demokracja i prawa człowieka.

Autor: Jakub Trzciński

- Advertisement -

Więcej artykułów

Zostaw odpowiedź

Please enter your comment!
Please enter your name here

Najnowsze artykuły